|
|
tekst w formacie
Rafai, styczeń 2010.
Bandy w Afryce
Świętowaliśmy
niedawno Boże Narodzenie.
W
żłóbku do osła, woła i owieczek dołączyła w tym roku słonica
z małym i żyrafa. Dzieciom do gustu najbardziej przypadły słonie,
prawie wszystkie musiały je dotknąć. Niestety, nie we
wszystkich wioskach można było świętować przyjęcie
naszego Zbawiciela. Zgromadzenie się w kościele mogłoby
okazać się ryzykowną pułapką…
Wszystko
zaczęło
się jakieś 22 tata temu w Ugandzie, zasłynęła wtedy
prorokini (medium między światem duchów i żywych) Alica
Lakwena. W Afryce proroków nigdy nie brakowało, zwłaszcza w
okresie pokolonialnym, ale Alice wprowadziła wielką nowość,
stworzyła zbrojną armię. Poprowadziła na wojnę
10 000 ludzi i 140 000 duchów. Kraj miotał się w
wojnie domowej. Po rzeźniczych rządach prezydenta Ugandy
(1971-1979) Amin (Dada) o prezydencki fotel walczył Milton
Obote, Yoweri Museveni (prezydent po dzień dzisiejszy) i
Bazilo Okele. Ten ostatni należy do plemienia Acholi,
zamieszkujących północ Ugandy. Stolica ostatecznie znalazła
się w rękach nie przebierającego
w
metodach Museveniego, ku wielkiej goryczy ludzi z plemienia
Acholi. To właśnie tam, na północy Ugandy, pojawiła się
Alica, córka katechety z kościoła Anglikańskiego. Alica
jest bezdzietna, z tego powodu porzuca ją trzech kolejnych mężów,
za to zostaje wybranką ducha zmarłego włoskiego inżyniera
Lakwena (w wierzeniach Acholi to chleb powszedni). Osoba
opanowana przez ducha wpada
w
szaleństwo. Ojciec próbuje wyleczyć córkę przez
miejscowych uzdrowicieli. Wszystko na nic. Ostatecznie duch
(zmarłego inżyniera) posyła ją do parku narodowego
(rezerwat przyrody), gdzie przebywa przez 40 dni i tam zawiera
pakt ze zwierzętami i przyrodą. Zwierzęta skarżą się, że
żołnierze Museveniego na nie polują. Wody w rzekach czują
się splugawione trupami rzucanymi przez krwawe reżimy. Alica
ma temu zaradzić. W pierwszej fazie zaczyna od uzdrawiania
chorych (fizycznie i psychicznie), jednak bez większych
sukcesów. Tworzy ruch: "Holy Spirit Movement" (Ruch
Ducha Świętego). To w ramach tego ruchu Alica pod wpływem
ducha przechodzi do drugiej fazy - walka ze złem w Ugandzie.
Jej ziomkowie przegrali w wyścigu o prezydencki fotel.
Zdaniem Alicy przyczyną była nieczystość ich żołnierzy.
Jest na to rada, prorokini wie, jak ich oczyścić, co więcej,
prowadzi ich przez inicjację zapewniającą żołnierzom
nietykalność - stają się niewidoczni dla kul. Ruch zmienia
nazwę: "Holy Spirit Mobile Force" (Ruchome siły
Ducha Świętego). W kraju despotycznymi metodami rządzi
Museveni, wokół Alicy gromadzi się opozycja. Około 10 000
oczyszczonych i nieśmiertelnych wojowników wierzy w moce
Alicy Lakwena. Ostatecznie to nie oni będą walczyć, zrobią
to za nich liczne duchy. Ich panteon jest zadziwiający, do
zmarłych przodków z plemienia Acholi dołączają
sprowadzeni przez Alice nowe duchy z Europy, z USA, z Azji. Żywi
wojownicy mają całą listę nakazów i zakazów,
w
tym najciekawszy, zabraniający im korzystania z
jakiegokolwiek schronienia (termitiera, drzewo)
w
czasie ataku. Na wytrwałych i posłusznych czekają sowite
nagrody - po tuzinie dzieci, samochód, piękna willa. Armia
żywych i duchów wspierana przez zwierzęta (pszczoły i węże)
i siły natury (rzeki) ruszyła na Kampale (stolica Ugandy). W
momencie ataku, co drugi żołnierz miał karabin (prawie jak
pod Stalingradem). Ci bez broni mieli magiczne kamienie, miały
wybuchać jak granaty. Przeciwnicy po drugiej stronie frontu
podzielali wiarę w nadprzyrodzone siły Alicy, nic dziwnego,
że słysząc nadciągające wojsko z hymnami do Ducha świętego,
ratowali się ucieczką, zostawiając broń i amunicję. Sława
Alicy Lakwena rosła, ale z każdym kilometrem bliżej stolicy
robiło się coraz trudniej. Aż w końcu wojsko Museviniego
zaatakowało i Ruchome Siły Ducha Świętego straciły wielu
z żywych wojowników. Prestiż Alicy zachwiał się w
posadach i właśnie wtedy wyłonił się John Kony,
przedstawiający się jako kuzyn Alicy. Kony odłączył się
od upadającej Alicy, twierdząc, że to nie duchy, lecz żołnierze
rządzą ludźmi.
W rzeczy samej, kilka tygodni później armia Lakweny
poniosła ostateczną klęskę. Alica zbiegła do Kenii, gdzie
dziennikarze wytropili ją to w obozach dla uchodźców, to w
barach Nairobi. Kony wykorzystał ten moment i pozbierał
uciekających rozbitków z Ruchomych sił Ducha Świętego
i pozostałych żołnierzy z plemienia Acholi. Stworzył wtedy
najbardziej diaboliczną armię w historii pokolonialnej
Afryki zwaną : The Lord's Resistance Army ( Armia Oporu Pana,
niektórzy tłumaczą to jako - Armia Boża). Kony urodził się
w 1961 roku. Kiedy doszedł do ociekającej krwią władzy,
uczynił z wioski Odek, miejsca swojego urodzenia, sanktuarium
pielgrzymkowe. Według krążących o nim legend, od dawna był
on medium różnych duchów wysłanych przez Boga. Jego misją
jest wyzwolenie ludzkości z chorób, cierpienia i złych sił.
W krótkim okresie przechodzi diaboliczne dojrzewanie. Nie
popełnia błędów Alicy, wie, że to nie duchy będą walczyć,
ale są konieczne, na nich wspiera się wiara jego wojska.
Zabiera cały arsenał dorobku Alicy: namaszczenia, wodę święconą,
nakazy i zakazy Ducha Świętego, wszystko, co ma ich uczynić
nietykalnymi, nieśmiertelnymi na polu walki. Udoskonala
system. Do pierwszej operacji wojennej ruszają z hymnami na
ustach, w końcu przywracają boży porządek na świecie.
Podbitym przekazują swoją niezachwianą wiarę, przez co
powiększają swoje szeregi. W 1988 po raz pierwszy atakują
bezbronną, najzwyklejszą w świecie szkołę. Z gimnazjum
zabierają jako zdobycz wojenną dziewczęta, to nagroda dla
wyższych rangą.
Te
małoletnie niewolnice będą też ćwiczone w sztuce wojennej
i kiedy zajdzie potrzeba z bronią w ręku pójdą na front.
Wszystko wymaga odpowiedniego uzasadnienia, podłoża
ideologicznego. Kony, nowy mesjasz, głosi swoje credo: Świat
jest zepsuty, ludzkość nie doczeka roku 2000 (jesteśmy w
1988). Dlatego LRA (Armia Oporu Pana) musi porywać dzieci, żeby
mogły żyć w nowym świecie, z nowym mesjaszem, stary świat
jest zbyt zepsuty, żeby mógł być zbawiony. Nowi rekruci
przechodzą inicjację, namaszczenia, poświęcenia, wszystko
w rękach Boga. Każdego gotowego do walki wypełnia malaika -
anioł w języku kiswahili. Od czasu do czasu adeptom pokazuje
się chuda wysoka postać z białą owieczką na smyczy, budzi
lęk fascynację, oddanie, to John Kony. LRA łupi okolicę,
zabiera dzieci (najmłodszy 5 lat) młodzież, kobiety.
Szacuje się, że około 20 000 dzieci zostało porwanych i
wcielonych do armii, niektórzy z nich tam dorośli. Szkoły
były uprzywilejowanym celem ataków. Przerabianie dzieci na
żołnierzy ma zawsze wspólny mianownik, trzeba by dzieciak
kogoś zabił, dobrze, żeby był to znajomy, ktoś z rodziny,
z wioski, nauczyciel. Ci, którym udało się uciec, opowiadają
makabryczne historie typu: „Jednemu
z nas udało
się zbiec, ale go złapali i zmusili nas, byśmy go zabili
kijami. A potem powiedzieli nam, że duch zabitego będzie się
mścił, nigdy nas nie zostawi, tylko tu w LRA Kony może nas
przed tą zemstą chronić”.
Miejscowa ludność
próbowała się bronić, kończyło się to jeszcze większą
tragedią. Spalono wioski, a ludziom odcinano nosy, uszy, ręce,
przebijano wargi i zakładano kłódki. Kony wydał zakaz
posiadania rowerów. Rowerem można było
w
miarę szybko się przemieszczać i powiadomić rządową armię
o ruchach LRA. Jeśli wiec znaleziono rower, właścicielowi
odcinano nogi, żeby już nigdy więcej nie mógł pedałować.
Doszło do tego,
że
ludzie z wiosek uciekali na noc do miejscowości strzeżonych
przez armię. Problem w tym, że te miejscowości nie miały
odpowiednich struktur, by przyjąć uciekinierów. Ze 180 szkół
w północnej Ugandzie, tylko jedna nie była zamknięta. W
okresie gdy LRA była najliczniejsza, mogło ich być 6 może
7 tysięcy, czemu więc dziesięciokrotnie liczniejsza armia
rządowa Museweniego nie mogła sobie z nimi poradzić? W
pierwszej fazie Uganda była wciągnięta w zawieruchę ludobójstwa
między Hutu i Tutsi, z czego korzystała LRA. Kiedy sytuacja
w regionie się ustabilizowała i armia Ugandy przeszła do
ofensywy ludzie Konyego znaleźli schronienie w sąsiednim
Sudanie. Obowiązuje tu zasada, wróg mojego wroga, jest moim
sprzymierzeńcem. Otóż do 1990 w Sudanie toczyła się zupełnie
inna wojna. W październiku tego roku, do naszej misji w Obo
(blisko granicy z Sudanem) codziennie docierały grupy
uciekinierów, głównie kobiety i dzieci. Wtedy po raz
pierwszy spotkałem się z ludźmi skrzywdzonymi przez wojnę.
Sudan od stuleci jest podzielony na dwie części. Muzułmańską
północ ze stolicą w Khartoumie i południe z ludnością o
wierzeniach tradycyjnych (błędnie nazywa się ich
animistami) i chrześcijanie. Khartoum co rusz próbuje
wszystkim siłą narzucić swoje poglądy, a południe się
broni. Na czele ostatniej rewolty stanął niezwykle dzielny
wojownik John Garang, domagający się niepodległości dla południa
Sudanu. Garang otrzymywał wsparcie Stanów Zjednoczonych via
Uganda i z Izraela (miejscowe pogłoski). Skoro więc Uganda
wspiera wroga Khartoumu, to Khartoum wspiera wroga Ugandy -
Konyego. Na terenie Sudanu LRA miała kilka baz. Dostali też
wojskowe wyposażenie. Khartoum otworzył też przed Konym swój
niewolniczy rynek, gdzie LRA sprzedała sporo dzieci w zamian
za broń. Mając bezpieczne zaplecze ciągle nękali Ugandę.
W
marcu 2002 armia Ugandyjska ogłosiła zniszczenie 4 baz w tym
jednej w Sudanie. Był to pierwszy cios zadany Konyemu. Daleko
jednak do zakończenia problemu. Po raz drugi w 2004 armia
Ugandy dostaje zezwolenie na wkroczenie do Sudanu. Tym razem
Kony i jego ludzie muszą uciekać, przekroczyli granicę i
schowali się w Kongo (były Zair). Sudan jednak nadal był
ich zapleczem. Rok później John Garang odniósł zasłużone
zwycięstwo (zginęło ponad milion ludzi, zwłaszcza z jego
plemienia) - Południowy Sudan otrzymał daleko idącą
niezależność, a jego przywódca Garang międzynarodowe
uznanie. Dla ludzi Konyego oznaczało to koniec pomocy z
Khartumu. Niestety, Kony radzi sobie po swojemu. Rekrutuje,
czyli porywa dzieci w Kongo. Uzupełnia też swoje zapasy,
wymienia nałożnice w haremie i jak zawsze zabija, pali,
sieje terror. Na Boże Narodzenie w Kongo
w
słomianym kościele zamknięto 200 osób i spalono ich żywcem.
Do akcji próbowało wkroczyć ONZ. Ich liczne oddziały
stacjonują w Kongu próbując rozwiązać nierozwiązywalne
problemy w Kivu. Akcja skończyła się tragicznie, ośmiu żołnierzy
z Gwatemali w niebieskich hełmach straciło życie. Trzy lata
temu po raz pierwszy docierają do nas wiadomości, że ludzie
Konyego są i u nas. Na pograniczu między Sudanem i Kongo złupili
wioskę Bambuti, zabrali ludzi jako tragarzy, na szczęście
dość szybko ich uwolnili. Panika ogarnęła ludzi z tego
rejonu, kto może, ucieka w kierunku Obo. Kilka miesięcy później
dramatyczne wieści. LRA zaatakowała Obo. Obo było naszą
pierwszą misją, to stosunkowo duże wojewódzkie
"miasto", odizolowane od reszty kraju (550 km do
najbliższej stacji paliwowej). Ograbili jedną dzielnicę.
Zabrali około 80 ludzi, niektórzy z nich wrócili w miarę
szybko, inni byli niewolnikami przez lata. Kolejne wioski padały
ofiarami, za każdym razem bliżej Rafai. Pojawiło się też
wojsko ugandyjskie i odziały armii z RCA (Republiki Środkowej
Afryki). Zadaniem wojska rodzimego jest zapewnienie bezpieczeństwa
w Obo i większych miejscowościach. Rezultat jest taki, że w
okolicach Obo zrobiło się pusto, ludność z wiosek uciekła
do miasta. Ci, którzy nie mają rodziny, zamieszkali w szkołach.
Skąd dla nich zdobyć żywność? Wojsko z Ugandy znacznie
lepiej wyszkolone i w lepszej kondycji fizycznej próbuje
wytropić LRA w buszu. Zadanie niezwykle trudne, to
gigantyczna przestrzeń, gdzie każdy zakątek może być kryjówką.
Na głównej drodze w okolicach miejscowości Mboki, LRA napadła
na ciężarówkę należącą do włoskiej organizacji (pozarządowej)
"Copi". Liczyli, że znajdą w niej żywność,
kilka ciężarówek z żywnością właśnie pojechało do Obo.
Tym razem w ciężarówce był tylko cement na remont szkół.
Zginął kierowca i 2 pasażerów a ciężarówkę spalono.
Wszystkie organizacje humanitarne natychmiast opuściły
region. Na początku listopada doszło do walki
w
okolicach Djema. Ponoć armia ugandyjska odniosła spore zwycięstwo,
rzeką popłynęły trupy. Zaledwie dwa tygodnie później w
Rafai powiało grozą, dotarła wiadomość o napadzie na
wioskę Derbissaka, należącą do naszej parafii. Zabrali 25
ludzi. Prawdopodobieństwo, że LRA dotrze do Rafai jest małe,
to dla nich zbyt ryzykowne, w Rafai mogliby trafić na wojsko.
Dwa dni później ktoś krzyknął, że bandyci są już 12 km
od Rafai. Jakaś zdesperowana matka wtargnęła do szkoły i w
panicznych ruchach wyszarpała swoje dziecko. Strach udzielił
się pozostałym uczniom, ratuj się kto może, krzyk, płacz,
panika. W gimnazjum i liceum to samo, wszyscy uciekają, tylko
dokąd? Taka panika, to jak żywioł, nie można z nią nic
zrobić, musi się sama rozładować. Najbliższym sąsiadem
misji jest rodzina nauczyciela, zatrudniliśmy go dwa miesiące
temu. Dla jego żony pierwsze miesiące w nowej miejscowości
to tragedia. Po raz pierwszy opuściła swoje rodzinne środowisko,
czuje się wyobcowana. W momencie kryzysu jej strach był podwójny.
Do miednicy wrzuciła kilka najcenniejszych rzeczy, miskę na
głowę, najmłodsze dziecko na plecy a drugie trzyma za rękę.
Biedna nie zna topografii Rafai. Chce uciekać, znaleźć
schronienie, ale gdzie? Ulokowała się na pace jeepa. Strach,
podobnie jak ból, deformuje twarze. Przez następne dwa dni
psychoza powoli się rozładowała. W wioskach mężczyźni
wyciągnęli strzelby i się z nimi nie rozstawali, a na
nocleg wszyscy gromadzili się w jednym miejscu. Bycie razem i
broń stworzyły poczucie bezpieczeństwa. Powoli życie zaczęło
wracać do normy, żona nauczyciela zeszła z samochodu.
Kolejne złe wieści dotarły z Zemio, szykują się na przyjęcie
uciekinierów z Konga. Jakieś 200 km po drugiej stronie
granicy jest kilka wiosek zagubionych w buszu.
Te wioski były regularnie łupione. Ataki miały
miejsce o świcie zanim ludzie się rozeszli do zajęć,
dlatego napastników nazwano: "Tongo tongo". W języku
lingala „tongo”
oznacza poranek, a „tonto
tongo”
- bardzo wczesny poranek, brzask albo świt.
Nie mając innego wyjścia ludzie przenieśli się do szałasów
i chat na polach (oprócz domu w wiosce prawie wszyscy mają
drugi dom, tam, gdzie uprawiają pole). Tongo tongo znaleźli
ich i tam. W bliżej
nie znanych okolicznościach zginęło 4 ludzi, spalili też
kilka domostw. Pozostała tylko ucieczka do buszu. Każdy
zabrał tyle, ile był w stanie unieść i schowali się w
lesie. Zajęli się nimi misjonarze protestanci. Zaproponowali
im obóz uciekinierów w RCA w Zemio, na pewno będzie to
lepsze niż las. Pomogła ambasada Stanów Zjednoczonych i
ONZ, szybko przygotowano dla nich miejsce w Zemio. Przyszło
3000 ludzi. Sporo pomogli im też miejscowi chrześcijanie z
miejscowych kościołów. Ich sytuacja na pewno się poprawiła,
ale co dalej? Osiedlić się w RCA? Zabrać się za wycinanie
lasu na pole? Dziś ciągle liczą na to, że wrócą. Pod
koniec listopada kolejny cios, padła wioska Baroua.
Zastrzelili jednego mężczyznę i zabrali 24 ludzi w tym 13
uczniów i dyrektora z naszej szkoły. Kilka godzin po ataku
dociera tam zaalarmowane wojsko ugandyjskie. Obecność
solidnie uzbrojonych żołnierzy pomaga opanować strach. Djem,
Derbissaka, Baroua to ten sam sektor, odizolowany, ciężko
dostępny. Dociera tam tylko samochód misji i safari (na
polowania). Do naszej parafii należy 100 km tego sektora z
siedmioma wioskami (pozostałe należą do Zemio). Przed Bożym
Narodzeniem zorganizowaliśmy w parafii, jak za czasów
apostolskich, pomoc dla poszkodowanych wiosek, mydło, sól,
lekarstwa, ubrania. Próbuję do nich z tym dojechać.
Zatrzymałem się w wiosce na trzydziestym kilometrze od głównej
drogi, mieszka tu tylko kilka rodzin. Trwało to chwilę,
zanim zobaczyłem pierwszych ludzi. Słysząc samochód dla
"bezpieczeństwa" woleli się schować. Na
tradycyjne pytanie, - co słychać?, wszędzie ta sama
odpowiedź: „Tongo
tongo”.
Co im powiedzieć?
Jak dodać odwagi?
-
Jeśli przyjdą, nie stawiajcie oporu, jest was za mało. Część
zbiorów schowajcie na polach, a tyko część trzymajcie w
wiosce, żeby ich nie zdenerwować.
-
Ojcze, niech biorą wszystko co chcą, byle nas nie
brali.
Planowałem
nocleg w dużej wiosce Kossa na 65-tym kilometrze. Tu zupełnie
inny nastrój, w wiosce są żołnierze, młodzi, sympatyczni,
wysportowani. Nie rozstają się z bronią, taśmy z nabojami
noszą na szyi jak wisiorki. Śpią w malutkich namiotach
zrobionych z pałatek i słomy. Wielu z nich już od trzech
lat nie widziało rodziny biorąc udział w pościgu za LRA.
Rozkaz jest prosty, nie wrócą do domu, jak nie skończą z
Konym. W wioskach zostawiono małe odziały, większość
tropi w buszu Koniego. Następnego dnia przenoszę się do
wioski Baroua. Po drodze zabieram żywność, którą dla
wojska podrzucił helikopter. W Baroua wokół kościoła
powstał obóz z tych maleńkich namiotów. Na pierwszy rzut
oka wygląda to sympatycznie. Jeden z żołnierzy gra z chłopcami
w piłkę, w innym kącie żołnierzom po posiłku zostało
jeszcze coś w garnku i zaprosili maluchy, a te apetycznie
wyjadają resztki. Pod jednym z mangowców ktoś sprzedaje
wino palmowe. Wśród biesiadników kolejny żołnierz. Przy
jego wiklinowym fotelu stoi na dwóch nóżkach ciężki
karabin maszynowy, z kolan zwisają mu taśmy z nabojami, a
przed nim pół litrowy plastykowy kubek. Broń Boże nie ma
to nic wspólnego z pijaństwem, to coś jakby jedno piwo w
gorący dzień. (W
przeciwieństwie do żołnierzy z RCA, którzy mają chronić
Obo i Zemio, a wieczorami o własnych siłach z trudnościami
wstają z fotela. Minister spraw wewnętrznych był załamany
podczas wizytacji, patrząc na ich gotowość do obrony
ojczyzny.
Co
zupełnie nie przeszkodziło ministrowi głosić w radiu
narodowym, że na wschodzie kraju ludzie prowadzą
"sielankowy tryb życia"). Od napadu na Barouę upłynęły
cztery tygodnie. O trzeciej po południu z różnych miejsc
wyszli uzbrojeni ludzie. Do zachodu słońca splądrowali każdy
dom, każdy spichlerz, zabierali żywność, ryż, orzeszki
ziemne, maniok, sól, odzież. Złapali część ludzi,
wyprowadzili ich na polanę za wioską, tam przygotowali ich
do wymarszu. Technika jest prosta, mężczyzn trzeba tak obciążyć,
by nie mogli uciekać. Zapakowaną w długie płótna żywność
przywiązują do nosicieli, na plecy, na brzuch, na ramiona,
na głowę (przypomina to logo firmy Michelin). Pozbycie się
takiego bagażu nie jest proste. Porwani muszą iść boso, to
też ma utrudniać ucieczkę. Wymarsz o czwartej rano, bardzo
szybki, stymulowany biczami, chodzi o to, by ich jak
najszybciej zmęczyć.
Na
nocleg więźniów w
pozycji leżącej przykrywają dużą plandeką a brzegi
plandeki przyciskają bagażami, na których śpią strażnicy.
Zmęczenie jest tak wielkie, że nikt nie myśli o ucieczce.
Porwany dyrektor szkoły opowiadał, że najgorsze były rany
na nogach. Przesadnie ciężki bagaż, zmęczenie, chaszcze,
kamienie, co jakiś czas ludzie się przewracają, o własnych
siłach nie podniosą się. Dopiero po trzech dniach ostrego
marszu dyscyplina nieco się rozluźnia. Czwartego dnia
zwolniono pierwszą grupę. Część łupu po drodze została
zjedzona, nie potrzeba już tyle tragarzy. I tu rzecz
zadziwiająca, na odchodne uwolnieni dostali rację orzeszków
na drogę, bez tego pożywienia, mieli niewielkie szanse wrócić
żywi. Skąd ten ludzki odruch? 80% tongo tongo to byłe
porwane ofiary. Oprócz żołnierzy jest tam trzy razy tyle
kobiet i dzieci. Ścigani od lat żyją jak zwierzęta w
lesie. Dziś ich problemem jest głód. Tam, gdzie się
ukrywają nie brakuje zwierzyny, ale oprócz mięsa, o ile je
zdobędą, nie mają niczego. Ci, którzy z Barouły wrócili,
choć upłynęło już sporo dni, ciągle mają kłopoty
z chodzeniem, zwłaszcza starsi. Mam dla nich pod
dostatkiem voltarenu. Pytam sąsiadkę:
-
Ciebie też złapali?
-
Nie. Jak się zorientowałam co się dzieje, wskoczyłam w
krzaki (wskazuje ręką kierunek). Położyłam się na ziemi
i leżałam bez ruchu, słyszałam ich, przechodzili koło
mnie wiele razy, myślałam, że serce mi wyskoczy.
Do
rana tak leżałam.
-
A czemu zabili Mikołaja?
-
Mówią, że kazali mu oddać maczetę. Jak go złapali, to
miał w ręku maczetę i oni chcieli, żeby ją położył na
ziemi, a on ją rzucił i zaczął uciekać, no i w tedy
strzelili.
Mikołaj
miał 25 lat, pamiętam go z pierwszej komunii i bierzmowania.
Jego koledzy przynieśli mi pokazać łuskę z naboju, od którego
zginął Mikołaj. Łuska kompletnie zardzewiała, miedź tak
szybko nie koroduje, chyba, że miała kontakt z potem. To
potwierdza pogłoskę, że Kony ma resztkę amunicji, kule
zamiast trzymać w magazynkach przekładają
z ręki do ręki. Panicznie uciekają przed wojskiem.
Od dawna nie zaatakowali miejscowości, gdzie jest choćby
trzech uzbrojonych żandarmów. Zdaniem specjalistów Kony
chce się przedostać do Darfuru (w Sudanie) To zaczyna się
układać w całość, tylko w Sudanie mógłby liczyć na
zdobycie amunicji, ale za co? Z porwanych w Derbissace i
Baroua wrócili wszyscy dorośli, brakuje najmłodszych. Czyżby
mieli być znowu towarem na wymianę? Od tamtych tragicznych
dni szkoła jest zamknięta, ale udało mi się zgromadzić
wszystkich uczniów w kościele w Sangarigu ( Sangarigu leży
między Baroua i Kossa). Miałem dla nich wszystkich
impregnowane moskitiery, to akcja jeszcze z zeszłego roku
szkolnego. Wziąłem dzienniki od nauczycieli i po kolei
wyczytywałem nazwiska. Osiem razy padła odpowiedź: „Zabrali
go” („tongo
tongo a mu lo”).
Podobnie w grupie katechumenów przygotowujących
się do chrztu, brakuje dwóch dziewczynek. W Derbissaka było
inaczej, to największa wioska (900 mieszkańców), ciągnie
się przez 3 km. Tongo tongo nie byli
w
stanie jej otoczyć, rozpoczęli w jednym końcu, przyciągnął
ich tam sklepik szefa wioski. Wieść rozeszła się po wiosce
jak błyskawica. Zande to myśliwi, prawie wszyscy mają broń
(gorzej z amunicją), oddali kilka strzałów w powietrze
zanim uciekli. Okazało się to wystarczające, napastnicy
zabrali to, co już im wpadło w ręce i też uciekli. Wtedy w
wiosce nikt się nie zorientował, że LRA nie ma najmniejszej
ochoty na walkę. Na rzecz napastników działała ich
niechlubna sława. W czasie mojego ostatniego dnia pobytu w
Derbissace spora zmiana. Wojsko dostało rozkaz przegrupowania
się. Mają opuścić wioski Kossa, Sangarigou, Baroua i
zgrupować się w Derbissace. Co się dzieje? Krążą różne
opinie, najbardziej prawdopodobna to ta, że spodziewają się
kolejnego ataku. Po drodze mijam dziarsko maszerujących żołnierzy,
jeszcze raz potwierdza się opinia o ich wyszkoleniu. Pokonują
bez wysiłku w tropikalnych warunkach 30 km z całym sprzętem,
olbrzymi plecak plus broń i amunicja. Nie wzięli do pomocy
chłopców z wioski, choć chętnie by z nimi poszli. Jak
tylko żołnierze opuścili wioski, ludzie znowu wpadli w
panikę. Czemu poszli? Kto ich teraz obroni? Ostatnie dwa
napady były o piętnastej, to nowa metoda, w nocy
przemieszczanie się jest bardzo trudne, a tym samym zmniejsza
się ryzyko powiadomienia wojska. Nie widząc innego wyjścia
wszyscy przenieśli się z wiosek na nocleg na pola. Do
Sangarigou przyjechałem o szesnastej, nie spotkałem nawet
kulawego psa. Sangarigou to bardzo malownicza wioska, szeroka
piaszczysta droga, palmy, okrągłe chaty. Wieczorami zawsze tętniło
tu życie. Przy chatach kobiety na ogniskach szykują kolację,
dzieciaki baraszkują, ich radosny szczebiot tworzy
specyficzny nastrój, dziewczynki zaplatają sobie włosy nucąc
piosenki, mężczyźni dyskutują przy kończącym się winie
palmowym. Tym razem słychać było tylko nocne ptaki, a w
powietrzu wisiał smutek. O piątej rano obudziły mnie
pierwsze odgłosy wioski. Znowu biegały psy
i
kozy, wszystko wyglądało normalnie, jak zawsze, jakby nic się
nie stało. Myślę teraz o tych wioskach. Na Pasterkę przyjść
chyba się nie odważyli. Może za to rano usłyszeli:
"Chwała na wysokości Bogu a na ziemi POKÓJ ludziom
jego upodobania." A może bardziej przykuła ich uwagę
opowieść o ucieczce do Egiptu, bo Herod, bo tongo tongo, bo
zawsze pojawi się ktoś o chorych ambicjach i gotów będzie
dla władzy zabić nawet dzieci. Boję się, że ta smutna
historia wypaczy obraz Afryki, jeden wielki krwawy horror. Tak
nie jest. Proszę, zwróćcie uwagę, że ofiarami tej
tragedii są Afrykańczycy, kobiety, dzieci, mężczyźni,
zwykli, normalni ludzie. Kony i część jego kliki, to jak
wrzód na zdrowym organizmie, to jak historia o Hitlerze,
Stalinie, Saddamie Hussajnie czy Pol Pocie. Problem w tym, że
ona ciągle trwa
i
nie wiadomo, kiedy się skończy. LRA podzieliła się na małe
oddziały, są w Kongo, w okolicach Obo, Zemio, Derbissaki.
Kiedy uda się ich wyłapać? Z narodzeniem Jezusa Chrystusa
zrodziła się na świecie nadzieja i ona zawieść nie może.
o. Kordian Merta (Republika Środkowej Afryki)
|